Tajemnica zamkniętego okna

Nie wiem kto wymyślił związek frazeologiczny: „spać jak dziecko”. Naprawdę, zależy jakie dziecko. Pewnie miał lub miała ta kreatywna jednostka, na myśli takie 5-6 letnie, co to cały dzień popierdalało na dworze (u mnie się mówi na dworze, niektórzy wychodzą na pole, zastanawiam się w ogóle na przestawienie się na nierasistowskie, ogólnie akceptowalne „na zewnątrz”, ale to dobrze brzmi, jak najpierw opisuje się jakieś wnętrze, a potem postać wychodzi na zewnątrz, no wtedy to ma sens, ale jak tak od razu zaczyna na zewnątrz, to na zewnątrz kurwa czego? No nie wiem, język nas ogranicza niezwykle i zwodzi, tak trudno jest wyrazić to co mamy na myśli, przy okazji nie urażając nikogo, a ja tu piszę sobie „na dworze”, no i pół polski myśli, że to kurwa dziwnie brzmi, jak oni całe życie sobie popierdalają na polu i sobie myślą „o chuj, warszawiak rasista, narzuca nam swój sposób wysławiania się, nie będę czytał tego rasistowskiego gówna”, no i chuj, wychodzą, nie czytają, w sumie ich rozumiem, sam przez kilka lat mieszkałem w Krakowie, to wyrobiłem sobie ucho do tych zwrotów i teraz nie mogę, kurwa nie mogę przestać o tym myśleć, za każdym razem jak to piszę, mówię o tym, czy słyszę, jak ktoś na dwór czy na pole wychodzi, to myślę o tej językowej różnicy, która dzieli nasz cudowny naród… no nic, no nic, ja sam chyba tego nie rozwiążę, ale z chęcią podpiszę petycję w tej sprawie, coś w stylu: „od dzisiaj wszyscy mówimy, że jesteśmy na zewnątrz, a nie jakieś na dworze, czy na polu, nie bądźmy kurde językowymi rasistami”), no i się wybawiło, wyhasało, raz 6 godzin nie jadło, a wsunęło dwie porcje obiadu i deser i w ogóle, dzień pełen przygód, no i takie dziecko pada na ryj, no zasypia moment, młody organizm się musi zregenerować, jeszcze ze dwa centymetry urosnąć podczas snu, w chuj roboty, męczące to strasznie wszystko, no to taki dzieciak sobie śpi, oj śpi że hej, na całego, całą noc. No ale są też dzieci takie, co to jeszcze tak nie hasają, raczej pełzają po podłodze, jak takie duże robaki, no taki dzieciak to się wiele nie narobi, kupę dużą co najwyżej, a tak to je tylko, śpi, drze ryja, czasem się pośmieje z tatą a potem na niego rzygnie, no nie namęczy się taki dzieciak dużo, to ja się nie dziwię, że dzieciaczek się budzi w nocy co 3 godziny i ryczy, no bo on kurde w ogóle nie jest zmęczony, no czymś musi się zmęczyć, a biegać nie może, na rowerze nie pojeździ, z kolegami w piłkę nie pokopie, jeszcze zamknięty jest w kojcu, to sobie nawet nie popełza, jakby tak rodzice dawali swoim dzieciom więcej swobody w pełzaniu, to może i by tak się nie budziły te dzieci w nocy, no ale tak to się budzą, no i czym się mają zmęczyć? No jedyne co trochę męczące jest, to darcie się w niebogłosy i płacz. No to się drą i płaczą, no co mają zrobić, inaczej przecież nie zasną.

Doprawdy, mam ambiwalentne odczucia co do tego związku frazeologicznego. Ale ja w ogóle nie o tym. Chciałem sytuację zarysować, a mi tu taka dygresja wyszła. Stała się rzecz niespotykana i zaraz wszystko opiszę. Chciałem po prostu przekazać, że spałem jak dziecko, nie takie co się budzi, żeby sobie popłakać i powrzeszczeć, ale jak takie wyhasane, wybiegane, wyprzeżyte przez cały dzień, wyprzygodowane, wyjedzone i w ogóle. W sensie, że spałem jak suseł (cholera, można tak było od razu…), czy kamień jakiś. Snem kamiennym, czy tam susełowatym. Obok śpi i śni sobie moja narzeczona, snem równie kamiennym, a może bardziej susełowatym, bo zdecydowanie słodsza jest ode mnie (susełki są cholernie słodkie). Noc jest ciepła, letnia, czerwcowa, śpimy więc przy otwartym oknie. No, nie tak zaraz na oścież całkiem, uchylonym od góry. Pewnie ktoś by tutaj chciał powiedzieć: „Jakim cudem snem kamiennym, snem susełowatym, kiedy przy otwartym oknie komary, muchy, robaczki, ważki, latające piranie, małe, krwiożercze wampirki, smoki dwugłowe, wywerny, harpie i bazyliszki po pokoju wam latają i szumią skrzydełkami, łopoczą, bzyczą nad uchem i spać nie dają!”. Otóż, muszę Cię zmartwić czytelniku, gdyż w jednym z naszych okien, znajduje się moskitiera, która wszelkie te latające potwory zatrzymuje i przystępu do naszej łożnicy i snu naszego kamienno-susełowatego broni. Także podsumowując: noc ciepła, letnia czerwcowa, bez maszkar latająco-bzycząco-trzepocząco-krwiospijających, snem susełowato-kamiennym dwie istoty zmorzone: ja i narzeczona moja. Śpimy sobie smacznie i głęboko. I tak noc całą przesypiamy. I zaraz się dziwa dziać zaczną…

DRYYYŃŃŃKURWAKARETKAPOGOTOWIEDRYYYŃŃŃ

dzwonek zabudził, czy tam ten eh… z telefonu sygnał… no… budzik. Wyłączam. Śpiący jestem, rano mi mózg jeszcze niezbyt pracuje, to mi się słowa mieszają. Ale wstaję, patrzę, badam (a musicie wiedzieć, że nieprzyzwoicie błyskotliwy ze mnie detektyw po obejrzeniu wszystkich odcinków „Sherlocka”) i dostrzegam rzecz niezwykłą i niecodzienną – OKNO JEST ZAMKNIĘTE.

No, no, no… Noc całą przespałem pod patronem głazów i susełów, więc niechybnie narzeczona moja, musiała się ze snu zbudzić, gdyż chłód poczuła i okno zamknąć, a wszystko to tak cicho zrobiła, że mnie ze snu nie wyrwała, suseły moje i kamienie w spokoju nocnym pozostawiła i sama także szybko usnęła. Bum! Tajemnica zamkniętego okna rozwiązana! No, warto było poświęcić kilkadziesiąt godzin na obejrzenie wszystkich odcinków „Sherlocka” po dwa razy.

Popijam więc moją poranną kawę z uśmiechem samouwielbienia na ustach, do tej sjesty porannej przyłącza się też moja narzeczona. Gadkujemy-szmatkujemy sobie, i już myślę jaki tu suspensik, jakim tu przenikliwym komentarzykiem ją zaskoczyć, aby w pełni napawać się mą przenikliwością i pokazać, jak to rozgryzłem samotnie, bez mojego Watsona nawet, Tajemnicę zamkniętego okna, kiedy moja narzeczona, ni z gruszki ni z pietruszki, wypala z jakimś takim, no czymś takim:

– Zamknąłeś okno w nocy?

No bój się boga duszyczko ty moja kochana, co za fantazja w ciebie wstąpiła, przecież ja tu przed chwilą rozwikłałem Tajemnicę zamkniętego okna, jednoznacznie wskazując wykonawcę tej czynności, kiedy tu proszę, ni z tego ni z owego, o takie buty wychodzą…

No i ja nie wiem co o tym myśleć. Dobre pół godziny z przyszłą moją małżonką rozprawiałem o tym, któż to nam okiennicę w nocy zamknął, ale żadne z nas się nie chciało do tego przyznać i zapierało się w swym śnie kamienno-susełowym, że w żadnym razie, że w żadnym wypadku, to nie ja! To nie moje ręce tego dokonały!

Cóż więc o tym myśleć? Jak to się stać mogło? Czy któreś z nas, mimo snu dziecka wyhasanego, uprawia nocny somnambulizm? Czy może duch jakiegoś dziecka pełzającego, popełzując po naszym mieszkaniu, postanowił nam zrobić psikusa i okna, niby przypadkiem, niby niechcący, ale w rzeczywistości z premedytacją, dla dla żartu, dla śmiechu – najzwyczajniej, bez naszej wiedzy zamknąć? A może to suseł jakiś zagubiony, jeden na milion taki, co spać nie może, normalnie się suseły takie nie zdarzają, ale ten ancymon, oryginał, cierpi na bezsenność i nie rozumiany w swoim susełowatym świecie, ucieka z przytulnych norek i nocą się przechadza, okiennice ludziom zamykając, bez celu jakiegoś większego, byle coś w nocy porobić, gdy sen spaść na niego nie chce i akurat się trafiło, że nasze tej nocy zamknąć postanowił?

Hm, nie wiem doprawdy. A wy, jakie macie pomysły? Znacie macie wytłumaczenie tego niezwykłego zjawiska?

  • Ja obstawiam jakiś odruch – czasem człowiek nawet nie wie, że coś zrobił w zamyśleniu 😉

    • Możliwe, możliwe… Choć, które z nas to zrobiło? A może jednak żadne… Ah, Tajemnico zamkniętego okna, czy nigdy już nie zostanie rzucone na Ciebie światło pełnej jasności i rozwikłania?

  • intrygująca historia;)

  • Jestem za lunatykowaniem !

  • Najwyraźniej tak mocny macie sen, że nawet własne przebudzenie was nie obudziło i spaliście dalej ! : ) #sencepcja

  • Patrycja Malik

    Czy nie wdarł się tam żaden kot? Moja starsza kotka nabyła umiejętność zamykania okna… I z uporem praktykuje jak jej za bardzo wieje 😉 patrycja-malik.blogspot.com