Anarchiści z muszką

Świat ekonomii i finansów jest naprawdę fascynujący. Kiedy zaczynałem
interesować się tym tematem, z dość pragmatycznych pobudek, nie
miałem jeszcze pojęcia, że umowy, podatki, nieruchomości lub
własność prywatna mogą tworzyć pole do tak zażartych i
przepełnionych idealizmem dyskusji.
W tym cudacznym motłochu, gdzie każdy jeden ma swój pomysł na
podatek dochodowy, szczególnie urzekła mnie grupa osób, która
określa się jako ekonomiczni anarchiści. Nie mogę już spać spokojnie, a
tym bardziej wypełniać PIT-u, gdyż wciąż przepełnia mnie teraz
finansowy dreszczyk emocji – wśród tych druczków, cyferek i stóp
procentowych, znalazło się miejsce dla bandy ekonomicznych
opryszków, którzy upijają się winem domowej roboty pozbawionym
akcyzy, oblewają ciepłym moczem swoje zeznania podatkowe i
wszczynają burdy w placówkach urzędów skarbowych.
Są to silni, charyzmatyczni ludzie, którzy walczą codziennie na
finansowym froncie z ZUS-em i VAT-em o swoją wizję przyszłości. A jest
to przyszłość nieskrępowana żadnymi umowami i podatkami. Jest to
przyszłość bez urzędników i administracji. Jest to przyszłość w której
najważniejszą wartością jest niezawisła wolność – wolność rynku i
pieniądza.
Anarcho-ekonomiści widzą się w eleganckich garniturach i białych
rękawiczkach. I ja ich tak widzę. Sami w sobie jednak nie zauważają
kilkudniowego, buntowniczego zarostu, niegolonego z czystej,
nonkonformistycznej niechęci do bankowej adaptacji. Jest to jednak
niczym, w porównaniu do ich wybujałych, strzelających ku górze
włosów. Na wygolonych głowach pozostają cienkie pasma długich
kudłów, które samoistnie przebierają agresywny, czerwony kolor i
układają się w sztywne, wojownicze irokezy, które tworzą z nich
rodowitych punków finansów i rachunkowości.
Jak jednak patrzeć na ludzi, którzy wolny pieniądz widzą wszędzie a
krew się w nich burzy, choćby podczas zwykłego spaceru. Stawiają w
końcu swoje stopy wolnego człowieka na socjalnych chodnikach, z
których każdy metr, każda jedna kostka – mogłaby stanowić własność
prywatną. A każdy właściciel swojej kosteczki, mógłby pobierać wolne i
nieskrępowane opłaty abonamentowe lub jednorazowe przepustki za
chodzenie po jego wybetonowanej ziemi. Niestety, jeszcze nie czas.
„Włochaty” śpiewał kiedyś „Gdy ludzkość zmądrzeje, anarchia przyjdzie
sama” – i ci ideowcy wciąż walcząc, oczekują z cierpliwością tego dnia.
Oni mają jednak swoje pieśni – z ich gardeł wydobywa się to, co noszą
ich serca. „Nagły atak Wolnego Rynku” śpiewa tak:
Koniec z tym uciskiem,
nie będziemy milczeć!
Pieniądz, Waluta, Towar i Praca –
Krzyczymy za tych, którzy nie mogą!
Zdejmijcie z ich dłoni kajdany podatków
Skończcie z tą niewolą TERAZ i ZARAZ!
Chcemy! Wolnego Rynku!
Chcemy! Swobody Umów!
Chcemy! Zatrudniać i Pracować!
Proszę uwolnijcie Nas!
Proszę uwolnijcie Nas!
– nagle jednak rozlegają się dźwięki syren. Na salę koncertową wbiega
funkcjonariusz policji raniony wcześniej w głową butelką z
nieopodatkowanym bimbrem. Rozpoczynają się zamieszki. Policja
zjeżdża się z całego miasta. Na koncercie znaleziono 117 butelek z
nielegalnym alkoholem. Wszystko co do kropli zostaje wylane do Wisły.
Potężna moc wolnorynkowego alkoholu dostaje się do największej
polskiej rzeki, która płynie nieprzerwanie od tysięcy lat tłocząc
życiodajną substancję do serca polskiej ziemi.
I bije polskie serce,
pijane wolnym rynkiem.